Bieg przez Beskidy

Podobno przed pierwszym maratonem warto przebiec wcześniej półmaraton. Pominąłem ten etap wskakując od razu na 42 km. Podobnie przed pierwszym ultramaratonem podobno warto przebyć jakiś pomniejszy bieg górski. Tu również postanowiłem od razu skoczyć na głęboką wodę. I jestem zadowolony :)

Beskidy Ultra Trail

Generalnie już od dość dawna ciągnęło mnie, by sprawdzić czy zdołam przebiec dystans ponadmaratoński – i w końcu nadarzyła się ku temu okazja: impreza o nazwie Beskidy Ultra Trail. Rzecz o tyle ciekawa, że na jednym wyścigu przygotowano cztery trasy, nominalnie 55/85 oraz 150/220 km. Specjalnie podane podwójnie, gdyż w obu zestawach właściwą długość wybierało się już w trakcie biegu.

Wpisałem się na trasę 55 (choć kusiło 85, oj kusiło 😉 ), z drugiej strony do ostatniej chwili miałem nastawienie takie, że jeśli tylko spadnie deszcz z miejsca rezygnuję. Z prostego powodu – choć biegam w butach trailowych, to jest to model bardzo prosty, z podeszwą zdającą egzamin na leśnych ścieżkach, ale już niezbyt nadająca się do biegania po błocie. No po prostu nie ta przyczepność i tyle. Na szczęście pogoda na czas się uspokoiła i można było swobodnie ruszać w teren.

Całość była w ogóle dla mnie niezłym wyzwaniem. Nie dość, że pierwszy ultramaraton, ale także pierwszy bieg górski i pierwsze wyścigi nocne. Wszystko w jednym zestawie, wymieszane i wstrząśnięte aż miło. Dodam, że na dodatek trochę wbrew powszechnie głoszonym zasadom zdroworozsądkowym, że nie powinno się robić dwóch maratonów w ciągu dwóch-trzech tygodni (dwa tygodnie wcześniej biegłem Maraton Wrocławski, który potraktowałem jako próbę generalną przed wypadem w góry). No ale z drugiej strony BUT to nie maraton, więc w sumie zmieściłem się w ramach tej zasady 😉

Po przybyciu na miejsce już na dzień dobry obuchem przywitała ciekawostka organizacyjna: nie ma depozytów. Rzeczy można zostawić na ziemi w sali odpraw. A co tam, że ludzie poprzyjeżdżali z różnych zakątków kraju i czasem parowozem, nie zaś własnym wehikułem. Taka niespodzianka. Nie jedyna zresztą na tym rajdzie, ale o tym później. Na szczęście udało się zostawić bagaż w automobilu znajomych. Ale to tak w ramach dygresji.

To, co rzuciło się w oczy jeszcze przed trasą, to fakt, że uczestnicy to jakiś inny świat. Na maratonach też coś takiego widać, ale nie w takiej skali. Tutaj to istny kosmos :) I dotyczy to w zasadzie wszystkich „weteranów” i gdzieś tak połowy debiutantów. Ale o ile na starcie to było tylko wrażenie, to już w trakcie biegu nabierałem rosnącej pewności, że ci ludzie nic nikomu nie udowadniają, oni bieganie na tym dystansie zwyczajnie czują. Dosłownie – i to bez względu na to, kto jakie tempo reprezentuje. Nie wiem, może to i błędne wrażenie, ale wydawało mi się, jakby u sporej części z nich bieganie włączało jakiś inny tryb myślenia i percepcji, niedostępny rezydentom kanap i pogromcom foteli.

Sam bieg? Zaczął się dość spokojnie, mocnym podejściem w górę przez parę kilometrów. I zgodnie z tym, co zapowiedział mi Adam z Vege Runners szybko się okazało, że panuje złota zasada: pod górę marsz, z górki – zbieg. Na własne potrzeby lekko to zmodyfikowałem, zmieniając na podwyższeniach marsz zwykły w forsowny i szybko się przekonałem jak po wielu latach może odezwać się pamięć ruchowa z niegdysiejszego krótkiego epizodu z ćwiczeniami chodziarstwa.

Jednak o ile te pierwsze kilometry nieco mnie nużyły (w sensie lekkiego znudzenia), to gdy tylko teren zaczął się różnicować i iść raz w górę, raz w dół, to zaś znowu niby-prosto-ale-pofałdowanie nagle coś przeskoczyło w psychice. I już wiedziałem, że biegi górskie to nie żaden „inny poziom trudności”. To odrębny sport, jedynie spokrewniony ze zwykłymi biegami długodystansowymi. I wiecie co? Wciągnęło mnie z miejsca. Szczególnie szalone zbiegi, zwłaszcza te strome. I zwłaszcza w nocy. O ironio, o ile mnie ten element najbardziej zafascynował (znacznie bardziej niż to samo w dzień, choć i to było wspaniałe), o tyle z tego co później słyszałem dla wielu uczestników było to komplikacją.

I tu jedna rzecz. Pomijając kwestię przyczepności mojej niskiej podeszwy (co przy innej pogodzie mogłoby być potężną wadą), atutem używanego przeze mnie obuwia (tania wersja Kalenji) jest stosunkowo mała jak na trailówki amortyzacja (choć oczywiście obecna). Wiele osób mnie przestrzegało, że w górach to inaczej, że na kamienistych ścieżkach boleśnie się to odczuje. Straszono opuchliznami i bąblami. Nie wiem, może jeśli ktoś całe życie chodzi w budach amortyzujących faktycznie byłby to wielki problem. Może ma tu znaczenie fakt, że niemało nachodziłem się w trampkach, ale w czasie zbiegów po pełnej kamieni leśnej dróżce czując pod stopą zróżnicowanie podłoża odczuwałem to bardzo pozytywnie. I – wierzcie albo nie – niejednokrotnie to naprawdę mocno pomagało w utrzymaniu równowagi. Co prawda i tak dwa razy zdarzyło się przez moment znaleźć w pozycji jaskółki, ale szczęśliwie obyło się wtedy bez upadków.

Bieg szedł dobrze, na punkcie wyboru trasy (miał być na 40-tym kilometrze, był już po 42-gim) znalazłem się w okolicach 6 godzin. Mimo kilku spotykanych po drodze nieoznaczonych skrzyżowań (a nie był to bieg na orientację…) lub oznaczonych cokolwiek dziwnie (wstążka na środku rozwidlenia dróg i zgaduj sobie podróżniku w którą stronę zmierzać…) jakoś się udawało trzymać trasy. Gorzej po minięciu rozwidlenia (na tym etapie wybrałem trasę 55 głównie ze względu na to, że tędy mieli tez biec znajomi, w których samochodzie pozostały moje rzeczy).

Co się stało? Jakoś tak około dwóch kilometrów za punktem rozwidlenia trafiłem na skrzyżowanie. Tym razem była strzałka, więc podążyłem za nią. I już miałem biec dalej, ale o ile przed sobą nie widziałem taśm znakujących trasę, to kątem oka zarejestrowałem, że w bocznej odnodze takie taśmy były całkiem hojnie rozprowadzone. No to skręciłem zakładając, że ktoś mógł przewiesić strzałkę, ale wątpliwe, by przewieszał masę oznakowań. Jak się potem okazało był to kolosalny błąd.

W czym problem? Otóż miejsce to było punktem krzyżowania się dwóch tras – B55 i B150. Oczywiście nikt nie oznaczył tego na skrzyżowaniu, nikt nie pomyślał o tym, by różne trasy znakować taśmami różnego koloru. Dwie godziny w plecy, w tym epizod z bardzo zabłoconą stromizną w dół (i powrót po niej), bodaj najtrudniejsza część przebytej przeze mnie trasy.

Koniec szansy na dobry czas końcowy (na który jeszcze na punkcie wyboru trasy rokowania były dobre), ale jakoś się gnało dalej, po drodze wyprzedzając ludzi, których się wyprzedziło już znacznie wcześniej. Aż do Klimczoka, gdzie znów oznakowania tak porozkładane, że udało mi się ponownie „spaść” z trasy, lądując na zupełnie innym szlaku. Tym jednak razem mogę zwalić to tylko na siebie, trzeba było się wracać gdy przez dłuższy czas brakowało po drodze taśm znakujących. Ale nie ja jeden w tym miejscu wypadłem, w którymś momencie nawet dogoniłem dwie osoby szukające na mapie gdzie właściwie dobiegły (pozdrawiam was!).

Szukanie miejsca powrotu na trasę, kolejny stracony czas, ostre podejście w górę i… znów wyprzedzanie osób, które się wcześniej wyprzedziło. Aż co chwilę padały pytania czy to drugie kółko 😉 Przy okazji pozdrawiam koleżanki, które obraziły się na mnie, że do nich nie dołączyłem, tylko pognałem dalej. Przy następnej okazji egzekwujcie obiecane piwo 😉

To co mnie jednak poraziło przy końcówce biegu, to że przed limitem czasu zaczęto zdejmować oznaczenia trasy. No bez jaj… Ale mniejsza z tym, na metę udało się wbiec, wesoło pogawędzić z innymi uczestnikami rajdu. Szybko okazało się, że ciężko znaleźć kogokolwiek, kto przynajmniej raz się nie zgubił 😉 Ale o ile większość miała na koncie 3-5 dodatkowych kilometrów, to u mnie wyszło łącznie 72 przebytych na 57 przewidzianych w trasie „55”. Znalazł się jednak i taki biegacz, któremu wyszło na GPS łącznie 80 km, jak się okazało tez skręcił na trasę 150.

O oznakowaniach trasy i braku depozytu można by jeszcze wiele mówić, ale o tym już w innych relacjach padło wiele słów. Jeśli będzie następna edycja, to to musi się zmienić, bo naprawdę momentami nie wiadomo gdzie się biegnie. Ale z drugiej strony choć weterani na forach wyrazili obawy, że debiutanci mogą być zrażeni, to ja mam zamiar w przyszłym roku znowu pobiec na tej imprezie (chyba, że skoliduje z Silesia Marathonem – oby nie).

Pozostaje jednak jedna kwestia, która stanowiła naprawdę poważny problem. Punkty odżywcze. Po pierwsze woda – miała być mineralna, była stołowa. O ile w przypadku maratonów zdążyłem do tego przywyknąć, myślałem, że biegach ultra jest inaczej. A gdzie tam, kto by tam patrzył na magiczną wartość „suma składników mineralnych”.

Izotonik? Tu się pojawia dopiero niespodzianka. Obecne na trasie napoje izotoniczne, jak również dostępne na jednym z punktów odżywczych batony energetyczne, były… prawdopodobnie niewegetariańskie. Pisze „prawdopodobnie”, bo chodzi o składnik, który zazwyczaj (nie zawsze) jest pozyskiwany z kości, a zwie się glicyna (wegetarianie – uważajcie tez na l-glicynę). No proszę ja was, ja rozumiem, że dla niektórych „wege” to trochę dziwna rzecz, ale wegetarianizm to coś, co wśród biegaczy pojawia się z większą częstotliwością niż w reszcie społeczeństwa. Nie zawsze jest to eksponowane, nie każdy biega pod banderą Vege Runners, nie każdy o tym mówi. Ale pewien odsetek jest. A przyznacie, że akurat po izotonikach takich niespodzianek trudno się spodziewać. Więc wypadałoby informować o podejrzanym składniku… Natomiast to, co muszę przyznać – obsługa punktu żywieniowego usłyszawszy o zastrzeżeniach wobec glicyny i mleka w składzie batonów bez żadnych komentarzy czy pytań zaczęła sprawdzać batony energetyczne czy znajdzie się jakiś wolny od tych składników. Wielki uśmiech dla was dziewczyny z Pokojowego Patrolu! Zresztą w ogóle odwaliłyście tam kawał dobrej roboty.

Na szczęście kwestię żywieniową miałem rozwiązaną we własnym zakresie, częściowo dzięki batonom z chlorellą, a częściowo dzięki batonom witariańskim. Fakt, że swoje kosztują, ale w trakcie długotrwałego wysiłku (lub po nim) dają naprawdę niezłego kopa, oczywiście jeśli będzie się z nich korzystało w małych, przeżuwanych kęsach.

Cała impreza warta była zachodu, jeśli czegoś żałuję, to że nie skręciłem w trasę B85, cóż – może następnym razem. Za to bardzo poważnie zastanawiam się nad tym, by w przyszłości zainwestować w buty z bez amortyzacji. Odcisków po biegu nie miałem, a jak wspomniałem odczuwanie podłoża mnie osobiście pomagało. Może to taki rodzaj zboczenia, kto tam wie. Co zaś do samego połączenia ultramaraton-górski: fascynuje i łapie w sidła. Po tym jednym biegu kombinuję nie „czy” w następnym sezonie, a jak rozwiązać kwestię dojazdów na kilka takich biegów.

A na zakończenie link do opisu jak wyglądała trasa.

****

PS. Przy okazji biegu miałem okazję przetestować jeszcze jedną rzecz, z bieganiem niezwiązaną. Przez całą trasę miałem na sobie soczewki kontaktowe. Jeszcze rok temu wiązałoby się to z piekącymi pod koniec trasy oczami. Teraz obyło się bez tego. Widać rok podrasowania diety (wraz z wykreśleniem mleka doszło jeszcze parę innych zmian jadłospisowych) wpływa i na syndrom suchego oka.

PPS. Trasa przebyta mimo nawrotu depresji. A może nawrót pokonany dzięki tej trasie. Da się walczyć z tą chorobą bez leków? Da. I aktywność fizyczna w tym pomaga. Bardzo wydajnie.

3 myśli nt. „Bieg przez Beskidy

  1. magda.no

    Wow! Naprawdę motywujący wyczyn! Zbieram tyłek do biegania, tylko w moim mieście już nie wolno biegać na zewnątrz jak ktos ma astmę. Zaczęło się krakowskie ‚ grzanie': 400% normy dla PM 2,5.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>